A co mi tam Buenos Aires...
 Oceń wpis
   

 

Pisałem już jakiś czas temu, że dzieki mozliwości jakie daje nam telefon, Skype i inne komunikacjne zdobycze techniki, coach może pracować tam, gdzie chce i może wybierać sobie miejsce do przebywania czy nawet życia tam, gdzie mu się podoba. Nie przeprowadza się za pracą w nie koniecznie interesujące go miejsca... Dzisiaj akurat mam bardzo dobry przykład potwierdzający tą tezę, więc go nie omieszkam przytoczyć.

Prowadziłem dzisiaj 2 sesje coachingowe. Jedną przez Skype z Warszawą, a jedną na żywo, tu gdzie jestem, czyli w Sao Paulo, Brazylia :) Drugi koniec świata - i się da. Sprawdzone! :)

Tradycyjnie odwołując się do filmów - w filmie Asterix i Obelix kontra Kleopatra jest taki moment, kiedy ma się wydarzyć drastyczna scena i nagle pojawia się plansza n której napisane jest co następuje: "Aby uniknąć drastycznyh scen, nadamy teraz materiał o Languście..." i włącza się film o Languście "...Langusta żywi się...". Ponieważ tutaj jest prawie 19:00, ale w Polsce i w moim organiźmie już 24:00, więc zaczynam odczuwać skutki jetlag'a. Nie będzie wiec więcej o coachingu. Napiszę ciut o Sao Paulo :)

Znalazłem się tutaj dzięki zaproszeniu przez firmę Business Today International, która zajmuje się prowadzeniem opartych na planszach symulacji bizesowych. Mam wystąpić jako co-trener podczas 3-dniowej symulacji dotyczącej wywierania znaczącego wpływu na firmowy P&L dla brazylijskiego oddziału firmy Reckitt Benckiser. Dziękuję Ci, Alex za zaproszenie :) 

Sao Paulo leży jakieś 80 km od wybrzeża w górzystym terenie. Porusza się po nim jak po San Francisco. Mówi się o nim wiele, międz innymi, że to Nowy York Am. Południowej - potwierdzam. Betonowa dżungla i wieżowce po horyzont niezależnie z jakiej wysokości osiągalnej w tym mieście :)

 Mówi się, że Sao Paulo nie leży w Brazylii, bo jest dużo lepiej rozwnięte i jest o wiele bogatsze od reszty kraju. To centrum ekonomii i finansów Brazylii. Mieszka tutaj 12 milionów ludzi w samym mieście i blisko 20 milionów w aglomeracji! Mimo tego, że podobno jest takie bogate, oczywiście widać ogromny dysonans pomiędzy ulicami ze sklepami typu Prada, Louis Vitton, Armani, salonami Bentleya, Lamborgini czy Astona Martina, a bezdomnymi śpiącymi na chodnikach i slumsowatymi budynkami w wielu częściach miasta. Jest jednak pięknie, inaczej niż wszędzie, egzotycznie. Ludzie uśmiechnięci i wyluzowani. Zwiedzając park Ibirapuera miałem wrażenie, że połowa mieszkańców przyszła tam w południe pobiegać.

27 stopni celsiusza, wilgotność 90%, gorąco jak diabli, a oni biegają :)  Kuchnia Brazylijska natomiast, to przede wszystkim przepyszna wołowina podawana prosto z ognia na szpadach i cięta ostrym nożem na talerze. W życiu nie jadłem tak pysznego rumsztyku i innych kawałków mięska. Najlepsza restauracja podjąca jedzenie na zasadzie płać i jedz ile chcesz to Fogo de Chao. Za 88 $R (1$R = 1,8PLN) bez napojów. Miałem szczęście zostać tam zaproszonym - nektar i ambrozja dla podniebienia. Miałem informacj, że jest też najdroższa, ale w Pizza Hut za dużą pizzę płaci się 50 $R, a rzeczywiście najdroższa kosztuje za wstep od ooby 800 $R! Jednymsłowem - drogo...

Nie wygląda to wszystko tak niebezpiecznie, jak krążą na ten temat legendy, ale należy wystrzegać się ciemnych uliczek po zmroku i niektórych dzielnic. Zgubić się jest łatwo. Piekielnie łatwo. Dlaczego ? Bo na pytanie "Do you speak English ?" każdy zaczepiony przechodzień, policjant czy pracownik sklepu patrzy się na Ciebie i jedynie uśmiecha, kompletnie nie wiedząc o czym do niego mówimy... Po Portugalsku "Fala Ingles ?" nic nie zmienia, bo usłyszymy tylko "Nao", czyli nie :)))

Mozna zobić sobie wycieczę po mieście na rózne sposoby. Są firmy, które każdego dnia proponują inne atrakcje - zwiedzanie miejsc historycznych, wycieczka na zakupy do Japanese Town gdzie mozna dostać chińskie produkty z cyklu "prawie jak...", Sao Paulo Nocą itp. Wciągu dnia można też udać się po prostu do metra i tam za darmo dostajemy przewodnika, który pokazuje nam kilka miejsć w miecie, jedynie musimy się poruszać metrem :) Klasa średnia żyje w 27-30 piętrowych apartamentowcach, chronionych dzień i noc przez uzbrojonych strażników, a klasa wyższa ma do wyboru również domy i wille rozsiane po Sao Paulo, np. na Morumbi Hill z któreg rozciąga się przepiękna panorama miasta.

W mieście znajdzeicie teżnajwiększą katedrę w Ameryce Południowej, tzw. Se Cathedral, położona na Placu Św. Pawła. Naprawdę monumentalna budowla w stylu gotyckim. Sklepienia są tak wysoko, że aż  się kręci w głowie. JEdyny "Wtręt"w gotyk to motywy brazylijskich zwierąt i owoców na kolumnach.Plac przy katedrze okalają palmy rodem jak te z Florydy. W poblizu jest też stary bank centralny, ratusz i najstarszy budynek w mieście, gdzie mieścił sie kośció Jezuitw i pierwsza administracja miejsca oraz szpital. Na lacu Św. Pawła jest te tzw. punkt zerowy określający kierunki świata i poszczególnych miast i regionów Bazylii. Stąd mierzy ię wszystkie kilometry. Woół pełno biednych luzi i dość niebezpiecznie. Ja poruszałem się z wycieczką z hotelu z ochroniarzem na stanie, który skutecznie odstraszał potencjalnie zinteresowanych oskubaniem turystów.

W pobliżu najstarszego budynku w mieście brazylijczycy postawili elektroniczny licznik, który odlicza ile podatkw zapłacili w danym roku. NA maj stan wynosił ponad 480 miliardów $R i cały czas bił z taka prędkością, że gdyby to był zegarek, to możnaby go wykorzystać jako wentlatr...

Najwyższy budynek w Sao Paulo i Am. Południowej  natomiast lezy w okolicy NArodowego Teatru i wcale nie wygląda na wysoki, bo akurat leży w niecce i na tle innych budynków wygląda na równy a może nawet niższy :) Wg relacji pani przewodnik, ma 157 metrów wysokości.

Sao Paulo czeka na Was :)

Jeżeli będziecie mieli przynajmniej 2 dni więcej, to zdecydowanie polecamprzelot do pobliskiego (400 km) Ri de Janeiro. Samolot w 1 stronę to 10 dolarów USA i 40 minut lotu. Tam jednak ochrona juz obowiązkowa.

Komentarze (1)
Dlaczego lepiej dawać niż brać.
 Oceń wpis
   

 

Wiele osób pyta się mnie o to co mną kieruje, że prowadzę darmowe warsztaty, że piszę bloga i poświęcam na to wszystko czas, skoro nie zarabiam na tym ? Ano nie jest to tak do końca prawdą. Już dawno temu przeczytałem zdania, które mocno zapadły w mojej pamięci i od tamtej pory staram się do nich stosować w moim życiu. Chodzi o to, żeby dawać jak najwięcej. Dawać ludziom od siebie tyle ile tylko możemy – dzielić się wiedzą, umiejętnościami, pomagać w sposób materialny, dystrybuować dobra, które posiadamy. To bardzo „przyrodnicze” i uniwersalne podejście. Dlaczego warto ? Im więcej dajemy, tym więcej otrzymujemy. Być może to zdanie jest niekomfortowe dla wielu z Was, a jednak to prawda. Wszystko w przyrodzie krąży i jest w stanie równowagi, wszystko w ekonomii jest w stanie równowagi, wszystko we wszechświecie jest w stanie równowagi. Jeżeli więc pozwalasz na to, żeby dobre rzeczy płynęły od Ciebie, to one z całą pewnością wrócą… Może nie zawsze od tej samej osoby, ale wrócą. Stosując się do tej zasady sam zaznaję w swoim życiu wiele dobrego. Klika razy okazywało się, że moje wysiłki aby pomóc komuś innemu niczego nie przyniosły, a człowieka to smuci, bo naturalnie czuje, że przydałoby się chociaż słowo dziękuję. Nie zawsze tak jednak jest i to jedna z rzeczy, która może zniechęcić po drodze. A jednak, jeżeli coś robimy wystarczająco często, to wchodzi nam to w nawyk.
W nowoczesnej interpretacji, dla osób mniej wierzących w tego typu prawa, dam inny przykład.
W zeszłym tygodniu prowadziłem za darmo warsztat z hierarchii wartości, podzieliłem się narzędziem coachingowy z 30 innymi osobami. W kolejnych dniach po wykładzie wróciły do mnie 3 osoby. Jedna zapisała się na kurs Noble Manhattan Coaching której przewodzę w Polsce, z jedną zanosi się na ciekawą współpracę medialną, a jedna zainteresowała się coachingiem dla siebie. Ktoś mógłby powiedzieć – zwykła promocja siebie i sprzedaż. Być może… Skoro w ten sposób to sobie tłumaczy, to dobrze. Jeżeli na zasadzie promocji siebie będzie dawał, też dobrze :) Kolejna rzecz – piszę bloga, co tydzień dzielę się wiedzą i doświadczeniami zamiast trzymać je zazdrośnie dla siebie – również zgłasza się do mnie sporo osób w przeróżnych kwestiach i przekonuje się do mnie i współpracy ze mną, dlatego, że dostali ode mnie coś. Obie strony są zadowolone. Po raz kolejny promocja siebie i sprzedaż ? Nie, ja daję z siebie i po prostu wiem, że to wróci do mnie…
Ostatnio wpadłem na ciekawą analogię. Otóż angielskie słowo „Sell” – SPRZEDAWAĆ pochodzi od staro saksońskiego słowa „Sellian” i staro fryzyjskiego „Sella”, a słowo to oznacza DAWAĆ…
Zauważyłem, że często odnoszę się do filmów. Tym razem również polecam w kontekście tego co napisałem film „Podaj dalej”. Podsumowując - niezależnie od Waszego podejścia, dawajcie od siebie dużo, jak najwięcej, z całą pewnością nie pożałujecie.
Dobrego tygodnia.
Komentarze (1)
Znaczenie wartości w naszym życiu, a coaching
 Oceń wpis
   

Jeżeli ktoś chciałby wziąć udział w warsztacie i zobaczyć narzędzie pozwalające na zhierarchizowanie wartości, zapraszam do Warszawy dzisiaj wieczorem.

Zapisy: http://bit.ly/3hHu1V . Wstęp za darmo.

Miejsce: Warszawa, Centrum ekoJa, ul. Bohdanowicza 5 - okolice skrzyżowania Żwirki i Wigury z Racławicką. Na mapie: http://bit.ly/dCrP8P.

 

Dzisiaj o 18:45, na comiesięcznym spotkaniu  Coaching Support Group, prowadzę w Centrum ekoJa w Warszawie krótki warsztat dotyczący wartości w coachingu. Przedstawię ciekawą metodologię/narzędzie, dzięki któremu można zrobić zdjęcie naszych wartości na daną chwilę życia i zhierarchizować je. Zapraszam serdecznie.

 Dlaczego akurat wartości ? Mam tego całą listę i za chwilę się nią z Wami podzielę. Co jednak jest najważniejsze dla mnie i procesu coachingowego, a w rezultacie dla naszych Klientów, to to, że dzięki ustaleniu hierarchii wartości danego człowieka, możemy gładko przejść do ustalania celów. Wielu ludzi dąży przez trwające latami kawałki swojego życia, do osiągnięcia danego celu. Latami całymi zbiera ktoś, dajmy na to pieniądze, żeby kupić wymarzony samochód sportowy. A kiedy już się to udaje, to okazuje się, że kupno było tylko celem samym w sobie, ale nie wniosło nic do życia i nie spowodowało w nim zmian, nie uszczęśliwiło tej osoby w najmniejszym stopniu. Skaldowie śpiewali - "...nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go...", w innym kontekście, ale można to przełożyć na wszystkie pozostałe dziedziny życia. Pozwolę się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Jaki jest sens poświęcania się i podporządkowania życia danemu celowi, skoro nie odniesie to wpływu na jego dalszy przebieg ? Ważne jest więc, żeby określać cele na bazie swoich wartości.

W czym pomagają nam wartości:

 

Pomagają dokonywać wyborów

Kiedy masz jasność co do swoich wartości, czyni to owe wybory łatwiejszymi, np. kiedy chcesz zrobić krok w sprawie swojej kariery, a obecna praca nie spełnia żadnych z twoich

wartości związanych z karierą, to mało prawdopodobne abyś się w niej realizował.

 

Pomagają naturalnie prześwietlać i filtrować

Wartości pomagają lepiej prześwietlać i filtrować wydarzenia, niespodzianki i ludzi, których spotykamy na naszej drodze. Jeśli nie jesteś pewien jak zareagować na osobę, problem czy możliwość – zdaj się na swoje wartości. W skrócie, wartości umożliwiają nam pozbycie się z życia tego, co do niego nie pasuje oraz włączenie do życia tego, co pasuje.

 

Zwiększają poczucie kierunku

Klienci często przychodzą do nas bo chcą znaleźć kierunek w życiu. Określanie wartości pomaga im odzyskać lub zwiększyć ich poczucie kierunku. Wartości mogą służyć za kompas według którego można ułożyć swoje całe życie.

 

Zwiększają poczucie szczęścia i spełnienia

Wszystkie nasze cele, marzenia i chęci są jedynie środkami dla spełnienia naszych wartości. Stąd też pomoc klientowi w poczuciu własnych wartości umożliwia im rozpoznanie co jest ważne w ich życiu i jako skutek stanowi katalizator dla szczęścia i spełnienia.

 

Są niezbędne dla znalezienia twojego celu / kierunku w życiu

Czasem klienci przychodzą na coaching ponieważ chcą znaleźć cel w życiu lub nowy kierunek. Określenie ich wartości jest niezbędnym krokiem w tym procesie, gdyż bez wiedzy o własnych wartościach ciężko byłoby znaleźć twój cel / kierunek.

 

Pomagają ustalić lepsze cele

Kiedy ustalamy cel, dobrze jest sprawdzić go względem naszych podstawowych wartości. Czy pasuje albo wyraża jedną lub dwie z nich? Jeśli tak, wtedy jest wartościowy.

 

Zwiększają motywację i mogą stanowić katalizator dla celu

Cele ułożone względem wartości zwykle znaczą więcej ponieważ są motorem dla nas aby uświadomić sobie kim naprawdę jesteśmy. Działanie to może stanowić katalizator lub motywację dla podjęcia działań.

 

Pozwalają mierzyć znaczenie naszego życia

Bycie w kontakcie z naszymi wartościami skutkuje podniesieniem naszej świadomości spraw, które są dla nas ważne. Sprawy, które mogliśmy brać za oczywiste, ale jak się okazuje, są niezbędne dla uświadomienia sobie znaczenia, jakie życie ma dla nas samych.

 

Życie płynie łatwiej, kiedy żyjesz zgodnie ze swoimi wartościami

Poprzez ułożenie swoich codziennych działań, decyzji i zachowania według swoich wartości czujemy, że wszystko przychodzi bez wysiłku, że jesteśmy w stanie „swobodnego przepływu”.

 

Konflikt z naszymi wartościami powoduje stres i może oznaczać wysiłek

Kiedy okazuje się, że znaleźliśmy się w okolicznościach, w których istnieje konflikt między naszymi wartościami a działaniem lub zachowaniem, którego się od nas oczekuje, może wywołać to silny stres. Energia, którą pochłania oddalanie się od naszych zasad, wyczerpuje nas i życie staje się walką.

Komentarze (0)
Cztery i pół nogi coachingu - część czwarta i 1/2
 Oceń wpis
   

 

Wczoraj prowadziłem jedną z kolejnych sesji coachingowych. Ta sama, sceptycznie nastawiona osoba, która już po pierwszym spotkaniu zmieniła podejście i odbiór coachingu jako procesu, tym razem po raz kolejny zaczęła od wątpliwości i wyszukiwania w całym procesie elementów „co też ja takiego teraz próbuje osiągnąć” J Z pełną rozwagą przedstawiam Wam zarys tego przypadku, niezdecydowanej, niedowierzającej i nie przekonanej do coachingu osoby, żeby pokazać, jaki wpływ, poza wsparciem i dążeniem do celu może mieć na człowieka coaching. Jak zmienia się zrozumienie procesu coachingu i osoby coacha przez naszych Klientów ? Po godzinnej sesji i pracy nad jednym celem otrzymałem bardzo ciekawą i wiele mówiącą informację zwrotną – „Nie wiedziałam, że można przez godzinę rozmawiać ciągle o tym samym problemie i rozkładać go na takie drobne części”, „Nie wyobrażałam sobie, że ktoś może w ogóle chcieć poświęcać 100% swojej uwagi mojemu problemowi, że go to interesuje i że włożył tyle czasu i energii, żeby go ze mną przepracować”, „Jak rozmawiam z kimś o jego problemie, to wymieniamy 3 zdania i już, zapominam bo to przecież zwykle nic ważnego”. A jednak wydaje się nic ważnego dla kogoś, a Klient daje 9 w skali od 1 do 10… Jak nasz wspaniały Jerzy Sztur w Seksmisji – „Sprawność fizyczna?” „Dzieeeesięć!” J Często jest tak, że nawet jeżeli postanowicie przeprowadzić sesję czy więcej sesji coachingowych za darmo, na zasadzie promocji Waszej osoby i Waszych usług, czy też w związku z sytuacją Klienta lub generalnie bez powodu – pro publico bono, już po 1wszej, drugiej, najdalej 3ciej sesji osoba ta buduje w sobie wewnętrzną potrzebę odwdzięczenia się za to, co robi dla niej Coach. I to jest dowód na to, że coaching jest potrzebny, że pomagamy, że dajemy ludziom to, czego potrzebują, nie tylko ich wysłuchując, ale także zamieniając rozmowę w proces rozpoczynający ich drogę do celu i w końcu jego realizację. Pozostaje mi zachęcić zarówno co bycia coachem, jak i spróbowania coachingu, żeby nie trzeba było powiedzieć, jak drugi rewelacyjny bohater Seksmisji i wspaniały aktor Olgierd Łukasiewicz - „Przespaliśmy najlepsze lata naszego życia…”
 
Filar 4,5
Klient płaci za proces coachingowy z góry.
Gerard O’Donovan kiedyś rzucił to zdanie jako żart, po opowiedzeniu o podstawowych zasadach coachingu. Jakkolwiek w żartobliwym tonie, zdanie to zwróciło uwagę kilku osób i analizowaliśmy je potem, czy aby na pewno jest to tylko żart, czy też może mieć jakieś głębsze przesłanie…
Będziemy pisali o pieniądzach, a jak wiadomo, to nieładnie i nie po „gentlemańsku” rozmawiać o pieniądzach. Pieniądze są jak wiadomo nie ważne, Mao istotne i zapewne Was kompletnie nie interesują. Ośmielę się jednakowoż poruszyć ten temat tabu.
Myśleliście kiedyś, myślicie lub nawet prowadzicie swój własny Biznes ? Wierzcie mi, otrzymanie zapłaty z góry za swoją usługę, daje niesamowite poczucie komfortu i ma znakomity wpływ na cash flow firmy. Oczywiście, kiedy myślimy o tym odpowiedzialnie, to powinniśmy wpłacone z góry pieniądze trzymać w zapasie, aż nie wykonamy usługi. Tak czy siak, nadal jest to o wiele bardziej komfortowe rozwiązanie, niż płatność po usłudze.
Wydawałoby się, że myślenie takie jest mocno egoistyczne ze strony coacha, jednakże, jako dobrzy coachowie (czyt. dobrze ludzie) od razu wpadamy też w tok myślenia z punktu widzenia korzyści dla Klienta. Jeżeli Klient zapłaci za proces coachingu z góry, to zwiększa to niepomiernie jego zaangażowanie w ten proces. Dopełniając tej połówki filara coachingu, możemy być pewni, że Klient zrobi wszystko, żeby wziąć udział w każdej sesji, jaką zaplanowaliśmy. Przyjdzie na każdą sesję z oczekiwaniem wyniesienia czegoś pozytywnego i będzie szukał jakie wartości przynosi ta sesja w kontekście zwrotu z inwestycji. Klient zaangażuje się z całą pewnością w plan akcji, jaki z nim wypracujemy, oczywiście nie umniejszając technikom, które zapewniają to zaangażowanie, jakich używają coachowie, tego typu zaangażowanie będzie wręcz gwarantowało wypełnianie kolejnych kroków na drodze w dotarciu do celu, zmniejszając ilość potencjalnych „nieoczekiwanych” przeszkód na drodze. Mamy więc już po jednym przykładzie korzyści – dla coacha i dla Klienta. Jest ich o wiele więcej.
Ten filar coachingu tłumaczy jak Klienci płacą z góry za coaching. Z góry, oznacza zwykle z miesięcznym wyprzedzeniem. Oznacza to, że prowadzicie dla kogoś coaching przez 4 tygodnie w miesiącu i otrzymacie płatność na początku miesiąca za wszystkie 4 sesje coachingowe. Wielu coachów których znam, otrzymuje płatność z góry za sesje w ujęciu tygodniowym. Jak to robią ?
Można zrobić to tak, że jeżeli Klient ma rozpocząć coaching dajmy na to 11 maja, to wysyłamy mu fakturę przynajmniej na 2 tygodnie wcześniej, np. 28 kwietnia. Klient ma czas na otrzymanie faktury, wysłanie przelewu itp. Zapisujemy też sobie w kalendarzu, żeby wysłać kolejne faktury 5 maja, 13 maja i 20 maja za kolejne sesje coachingowe.
Badania pokazuj relacja coachingowa jest zdecydowanie bardziej trwała, kiedy Klient zdecyduje się płacić z góry i płatności dokonuje np. przez stałe zlecenie przelewu lub przelewy oczekujące, przygotowane wcześniej, niż płatności gotówką, zwykłym przelewem czy popularnym w Wielkiej Brytanii czy USA czekiem. Pamiętajmy o tym, że rozmowa o pieniądzach, jakkolwiek zwykle niezręczna, powinna się odbyć podczas spotkania wstępnego z Klientem. Wszystkie tematy, nawet te niewygodne i powodujące nasze skrępowanie, a takim na pewno jest kwestia pieniędzy, należy poruszyć i wyjaśnić na samym początku drogi. Naszym zadaniem jest pomoc i towarzyszenie Klientowi i zrobimy to z całą pewnością. Pamiętajmy jednak, że jest to nasza praca, za którą powinniśmy zostać wynagrodzeni. Musimy  przecież utrzymać siebie, rodzinę, mieć środki do realizacji naszych celów.
W ostatnich latach zostało przeprowadzone badanie wśród topowych menedżerów zarządzających firmami z listy Fortune500. Pytanie, które zostało im zadane w warunkach całkowitej anonimowości brzmiało: „Czego najbardziej się obawiasz ?”
57% prezesów i topowych menedżerów listy największych i najbogatszych 500 firm odpowiedziało: „Moją największą obawą jest to, że ktoś się kiedyś dowie, że jestem oszustem”. Pokazuje to w jasny sposób jak bardzo niepewni jesteśmy co do naszych możliwości i umiejętności. Takie same wątpliwości w kwestii naszych umiejętności istnieją w nas coachach… I te właśnie wątpliwości wychodzą na jaw w momencie dyskusji stawki, jaką policzymy za usługę coachingową i w jaki sposób chcemy aby ta płatność była dokonywana.
Niezwykle ważne jest, żebyście jako coachowie nie przeprowadzani dywersji lub umniejszali swojej wartości w sferze emocjonalnej czy finansowej – bardzo ważne jest, żeby każdy Coach pobierał opłatę w takiej wysokości, jaka wydaje się wg niego odpowiednia i na ile ceni naprawdę swoje usługi.
Mam nadzieję, że osoby, które czytają to co piszę ze strony Klientów, również dostrzegają jak ważny ten aspekt jest dla samego coacha. Ci, którzy doświadczyli już coachingu, zapewne rozumieją, bo wiedzą również jak wiele Coach daje od siebie podczas każdej minuty sesji coachingowe. Pamiętajcie, że Coach to też człowiek i jako taki ma podobne wątpliwości, obawy, przekonania jak jego Klienci…
Podsumowując, jest kilka obszarów, których powinniśmy być świadomi w ramach naszego doczepionego jako połówkowy filara coachingu, który brzmi – Klient płaci za coaching z góry:
1)      Coach nie umniejsza swojej wartości w aspektach emocjonalnym i finansowym
2)      Klient angażuje się znacznie mocniej w proces coachingu, wyłącznie z korzyścią dla Niego samego
3)      Klient rozumie finansową wartość coachingu i widzi konkretny zwrot z inwestycji
4)      Coach może planować w doskonalszy sposób swoje finanse i cash flow firmy
5)      Coach ma pełną kontrolę nad oczekiwanym przychodem
Komentarze (0)
W hołdzie tragicznie zmarłym Polakom...
 Oceń wpis
   

Składam najszczersze kondolencje wszystkim rodzinom ofiar dzisiejszej katastrofy.

Zginął ważny kawałek Polski... [*]

Komentarze (1)
4 i pół nogi coachingu - część czwarta
 Oceń wpis
   

Wczoraj miałem okazję prowadzić sesję zerową z jedną z moich Klientek, która, jak jasno i wyraźnie dała mi do zrozumienia już kilka razy, nie wierzy w ten cały coaching. Dla sportu więc zdecydowała się spotkać i przekonać o swoich racjach :) Miała zadane zastanowić się nad czym chciałaby popracować i wybrać sobie jeden temat/cel/problem. Jak się okazało w chwilę po spotkaniu, Klientka celu żadnego nie ma, wszystko jest dobrze i w najlepszym porządku i niczego nie trzeba poprawiać.

Znakomicie! Przeszliśmy więc do określenia hierarchii wartości w Jej życiu, żeby być może na tej podstawie zidentyfikować obszary do pracy. Zaczeliśmy pracę i po wypisaniu i zdefiniowanu 3 wartości nastąpiła lekka blokada, która po chwili rozwinęła się na 18 różnych ważnych wartości w Jej życiu! :) Po 2 godzinach pracy mamy entuzjastyczne podejście i przynajmniej kilka obszarów, którymi zajmiemy się w kolejnych tygodniach lub nawet miesiącach... nie mówiąc o tym, że priorytet wśród wszystkich wartości ma obszar, którego nigdy nie zidentyfikowałaby wcześniej jako ten najistotniejszy - co sama zresztą ze zdziwieniem stwierdziła... i zakłopotana koniecznie chciała mnie poczęstować obiadem :)

Taki scenariusz powtarza się bardzo czesto, a jednak zawsze sam za każdym razem jestem zaskoczony, co może wynikać z pracy z ludźmi poprzez coachingowe modele. Dlatego może wracam z uporem do namawiania opornych, żeby spróbowali i jestem skłonny powiedzieć w takich chwilach "co łaska"... To jedna z tych rzeczy, które kocham w coachingu - odkrywanie samego siebie przez Klienta i ogromna dawka energii którą Klient dostaje, ale z której czerpie też sam coach.

FILAR 4

90% coachingu indywidualnego odbywa się przez telefon.

Sam zdziwiłem sie niemiłosiernie kilka lat temu, kiedy pierwszy raz zobaczyłem te badania. A jednak. Oczywiście statystyka dotyczy coachingu indywidualnego, czyli Life Coachingu i Executive Coachingu, a konkretnie jego wersji Life. W przypadku Executive Coachingu relacja sesji telefonicznych do osobistych mniej więcej wynosi 50%. W każdym bądź razie, od początku byłem zachwycony taką alternatywą, bo daje ona niesamowite możliwości. Jakie ?

Ano, większość małych firm, a jako coach zwykle jesteście jednoosobową działalnością gospodarczą, zdobywa swoich Klientów z obszaru w którym ma siedzibę. Jeżeli mieszkacie w duzżym, milionowym, czy kilkuset tysięcznym mieście, to prawdopodobnie będziecie w stanie mieć wszystkich Klientów lokalnie i spotykać się z nimi osobiście. Jeżeli jednak wybraliście sobie za miejsce zamieszkania niewielkie miasteczko czy zupełnie odludną okolicę, to odpowiednia dla Was liczba Klientów może stanowić problem. Dlaczego? Dlatego, że możecie jeździć do Klientów, lub oni do Was i spędzić w samochodzie jedną godzinę, półtorej, dwie, dwie i pół..., ale zawsze jest jakaś granica. Wyobraźmy sobie, że dzwoni do Was Wasz Klient. Wy mieszkacie w małej wiosce pod Łodzią, a Klient jest z Gdańska. Dzwoni więc do Was i zwierza do suchawki, że koniecznie musi się spotkać i porozmawiać, żeby rozwiązać najważniejszy problem w Jego życiu. I pyta, czy przyjedziecie do Niego. Co możecie zrobić? Zgadzacie się oczywiście. Możecie jechać do Gdańska Wy, a może przyjechać do Was Klient. Tak czy siak - albo Wy spędzicie 5 godzin w samochodzie w jedną stronę i po godzinnej sesji coachingowej z powrotem 5 godzin, albo taką samą drogę przebędzie Wasz Klient. Oczywiście będzie zadowolony i zostanie z planem do wykonania, żeby rozwiązać trudną sytuację, ale w pierwszym przypadku Wy będziecie musieli obciążyć Klienta za cały dzień pracy. W samochodzie nie popracujecie... W drugim przypadku Klient spędzi cały dzień w samochodzie z dala od swoich spraw, obowiązków, zajęć, rodziny itp.... Jeżeli sesja zostanie przeprowadzona przez telefon, czy nawet Skype, to mamy sytuację, w której zarówno coach, jak i jego Klient poświęcają na coaching jedną godzinę, a resztę czasu mogą - coachować innych Klientów (coach) lub zająć się swoimi sprawami (Klient). Faktura też będzie za godzinę pracy coacha... Czy musicie prowadzić coaching przez telefon? NIEEEE... nie musicie... to tylko daje wam opcję, że możecie to wykorzystać. Powyższa historia, to nadal ujęcie lokalne. Mam Klientkę, która kilka lat temu postanowiła się spakować i wyjechała układać sobie życie w innym kraju. Ola pochodzi z Sopotu i wyprowadziła się do małej miejscowości o nazwie Rizhao. Rizhao, leży dokładnie pośrodku między Pekinem i Shanghaiem, na brzegu Morza Żółtego w Chinach. Mała miejscowość Rizhao powstała kilanaście lat temu z połączenia kilku chińskich wiosek i liczy sobie 2.800.000 mieszkańców :) Małe miasto, jak na chińskie warunki :) W każdym bądź razie, kiedy ja rozmawiam z Olą, to u Niej jest godzina 16:00, a u nas 8:00 tego samego dnia. Czy miałbym jakiekolwiek szanse na bezpośredni i osobisty coaching z Olą bez telefonu czy Skype'a ? Nie wydaje mi się... Jak każdy szanujący się coach, mam też swojego coacha mentora/supervisora. Moja wspaniała mentorka, Wendy, jest brytyjką, ale kilka lat temu przeprowadziła się do Andaluzji i hoduje 30 rasowych koni, prowadząc jednoczesnie coaching z ludźmi z całego śwata. Kiedy do niej dzwonię zwykle słyszę - poczekaj Łukasz, kończę rozmowę z Rio de Janeiro, albo z Dubajem itp. Wendy jest jednym z najlepszych coachów w Europie, mieszka sobie tam, gdzie zawsze marzyła i pracuje przez skype z całym światem. Pozwólcie więc, że zapytam jeszcze raz - czy musimy prowadzić coaching przez telefon ? NIE! To jest tylko opcja, która nam została dana. A dzięki temu my, coachowie, możemy żyć i mieszkać gdzie nam się rzewnie podoba i to my wybieramy miejsce zamieszkania, a nie dostosujemy je do pracy. Większoć ludzi mieszka tam, gdzie jest praca i przeprowadza się do innych miast w pogoni za pracą... Co Wam się bardziej podoba ? Ilu Klientów potrzeujecie i ile godzin dziennie musicie pracować, to już inna kwestia, na inny wpis w blogu - tak czy siak zapewne już możece się domyślać, że ten aspekt również jest bardzo kuszący :)

Jakie są minusy prowadzenia coachingu przez telefon? Zastanawiałem się nad tym wielokrotnie. Począwszy od najwżniejszego, że nie ma bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiam, że nie widać mowy ciała, że słychać tylko głos itp. To wszystko prawda, ale mamy już Skype w połączniu z kamerą internetową, które niwelują 2 z 3 wymienionych czynników, a dodatkowo zostały przeprowadzone psychologiczne badania, ktre pokazują, że my, jako istoty ludzkie jesteśmy w stanie bardziej otworzyć się przez telefon i być bardziej szczerzy, niż podczas spotkania w cztery oczy! Obie formy - osobista i telefoniczna/Skype'owa wydają się więc znakomitym sposobem na prowadzenie coachingu. Prowadzono też badania nad mailową formą komunikcji, tutaj jednak została ona określona jako mało efektywna i możliwa do wykorzystania wyłącznie jako wsparcie dla pocesu coachingowego prowadzonego klasycznie.

Komentarze (0)
4 i pół nogi coachingu - część trzecia
 Oceń wpis
   

Ostatnie dni pełne były ciekawych wydarzeń :) W niedzielę przyleciał do Polski Gerard O'Donovan i wspólnie pojechaliśmy pociągiem do Kalisza, gdzie w poniedziałek, dzięki pomocy działającej tam aktywnie Coachingowej Grupy Wsparcia, Gerard poprowadził całodniow konferencję i warsztat Introduction to Coching. Było blisko 40 osób, przesympatyczna atmosfera, znakomity hotel Calisia. Miałem okazję poćwiczyć tłumaczenie :) Wtorek równie zajęty, ale już w Warszawie, a środa koleja konferencja dla kilkudzisięciu osób z udziałem Gerarda O'Donovana. I tym razem już nie konsekutywne tłumaczenie, ale symultaniczne. Mordęga dla jednej osoby przez 6 godzin z jedną dłużzą przerwą, ale dziecięca wręcz radość na twarzy Gerarda, że wreszcie udało mu się powiedzieć wszystko co chciał, bez konieczności przerywania na wstawki tłumacza - bezcenna :)

FILAR3

Przejdźmy do 3 filaru coachingu - "Coach i coaching nie może być dyrektywny".

Są słowa, których coach nie używa w trakcie sesji coachingowych. Są to takie słowa jak - musisz, powinieneś czy przydało by się, żebyś coś zrobił. Nigdy, przenigdy nie mówimy Klientom co mają robić, nie radzimy, nie doradzamy, nie sugerujemy... NA świecie jest wg wyliczeń działu rozwoju Noble Manhattan ponad 50 rodzajów coachingu. Możecie więc być coachem od zdrowia, pieniędzy, kariery, seksu, małżeństwa, emerytury, dzieci, relacji, związków, zrzucania wagi, menadżerskim, korporacyjnym, od spraw sądowych, rozwodowym, rodzinnym, od ślubu itp., itd... ale nie możecie być nigdy, i to nie podlega najmniejszej dyskusji, cochem dyrektywnym! Te dw słowa "coach" i "dyrektywność" połączone ze sobą nie mają najmniejszego sensu! Ba, one nawet sie ze sobą nie mają prawa połączyć. "Coach dyrektywny" czy "coaching dyrektywny", to najzwyczajniej w świoecie oksymoron. Dokadnie taki sam jak "żywy trup", "biały kruk" albo bliższa nam "polska autostrada".

Ale teraz, czy bycie dyrektywnym w życiu jest w jakikolwiek sposób złe ? Nieeeeee... nie, nie,nie. Wyobraźcie sobie, że w budynku w którym przebywacie nagle rozlegają się alarmy przeciwpożarowe. Zaczyna być widać dym i płomienie, ludze wpadają w panikę, aż nagle jedna z osób wstaje, ucisza wszystkich i mówi: "Posłuchajcie mnie! Róbcie dokładnie to, co Wam teraz powiem, a ja wyprowadzę Was w bezpieczne miejsce...". Nie wiem jak Wy, ale ja byłby tuż za tą osobą i słuchałbym jej. Z całą pewnością nie chciałbym zwoływać w tym momencie zebrania i zastanawiać się co robimy...

Są więc takie sytuacje w życiu w których słusznym jest bycie dyrektywnym. Jednak kiedy stajecie się dyrektywni, to w tej samej chwili opuszczacie przestrzeń coachingową o której mówiłem wcześniej. I będzie wiele takich sytuacji w których prowadząc sesję coachingową w temacie, który być może doskonale znacie, w którym jesteście ekspertem, słowa i rady same będą Wam się cisneły na usta. Kiedy będziecie dokładnie wiedzieli co zrobić w danej sytuacji i mieli przejmujcą Was ochotę, żeby zadać pytania nakierowujące na właściwe rozwiązanie... Jeżeli chcecie prowadzić prawdziwy i wartościowy coaching, sugerowanie, radzenie, naprowadzanie na Wasze rozwiązanie amie wszelkie zasady sztuki. Jest nas na tym świecie ok. 7 miliardów i każdy z nas jest inny, lepiej więc przyjąć zasadę - nigdy nie daję odpowiedzi i nie radzę w coachingu, bo kto powiedział że mam rację akurat w tym przypadku ?...

Komentarze (0)
4 i pół nogi coachingu - część druga
 Oceń wpis
   

 

FILAR 2
Coach nie może oceniać i nie osądza swojego Klienta.
 
Dla coacha nie powinno mieć znaczenia kim jest jego Klient. Nie powinno mieć znaczenia czy jest on wysoki, czy niski, gruby czy chudy, czy jest mężczyzną, czy kobietą. Nie powinno mieć znaczenia czy jest bogaty, czy biedny, jaki jest Koror jego skóry, kraj z jakiego pochodzi, czy jego system wierzeń i wartości. Problem jest jednak taki, że wszyscy osądzamy. Chodziliśmy do szkół, oglądamy różne programy w telewizji, mamy różnych przyjaciół. To wszystko miało i ma wpływ na nas samych i nasze osądy oraz postrzegana przez nas rzeczywistość, warunkuje nas samych. To co kocham w coachingu, to to, że gdy zostaje się profesjonalnie przeszkolonym na coacha, uczy się jak stworzyć specjalną coachingową przestrzeń. Nie jest to przestrzeń fizyczna. To przestrzeń emocjonalna, psychologiczna. To przestrzeń w której Ty i Twój Klient możecie ze sobą współdziałać na bardzo głębokich relacjach, a Klient czuje się zanurzony w totalnym bezpieczeństwie i że jest odpowiednio wysłuchany. Coach może się nauczyć w procesie swojego kształcenia, że kiedy zaczyna sesję coachingową i tworzy taką przestrzeń, bierze swoje osądy, zdejmuje je z siebie jak marynarkę i odwiesza gdzieś na wieszak obok. A kiedy sesja się kończy, zawsze możecie wziąć swoje własne osądy i założyć je na siebie z powrotem. Ale tutaj dzieje się coś ciekawego :) Im częściej coś się robi, tym bardziej tym się staje… Można tutaj przytoczyć analogię Deepaka Chopry, lekarza, filozofa i pisarza pochodzenia indyjskiego, który napisał kilkadziesiąt książek przetłumaczonych na ponad 30 języków i sprzedanych w milionach egzemplarzy na całym świecie. Otóż Deepak Chopra porównuje człowieka do kawałka białego płótna. Jeżeli weźmiemy kawałek białego płótna i zanurzymy go w słoju wypełnionym żółtym barwnikiem i wyciągniemy, materiał zżółknie. Kiedy położymy materiał na słońcu, z czasem kolor wyblaknie. Powtarzając jednak proces odpowiednio długo okaże się, że materiał będzie coraz bardziej żółty i żółty i żółty. Już nigdy więcej nie będzie biały. To właśnie dzieje się z nami. Im bardziej ćwiczymy by nie oceniać, tym mniej my, jako ludzie, osądzamy innych. Ja myślę, że to dobrze, ale to tylko mój własny osąd :) Ciężko uciec od osądzania, prawda ?
Jak długo macie wewnętrzną chęć, żeby nie osądzać innych, tak długo możemy z Wami pracować i nauczyć Was jak być coachem.
Komentarze (0)
4 i pół nogi coachingu, część pierwsza z czterech i pół
 Oceń wpis
   

Dzień w którym powinienem uzupełnić bloga zaskoczył mnie w Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej. Dla profanów, to Śląsk, dla znających się na rzeczy – Zagłębie. Są jeszcze podobno Żabie Doły, ale to już jest wyższy poziom zaawansowania – może ktoś z czytelników pomoże. Mnie na tą chwilę wystarczy poziom, na którym rozróżniam Śląsk od Zagłębia, a mieszkańcy są i tak bardzo zadowoleni z tego faktu. Wystarczy więc szanować miejscowe zwyczaje i można sprawić wielką radość innym J Tak czy siak miałem tu kilka ciekawych spotkań biznesowych i jakżeby inaczej, nie obeszło się bez dyskusji dotyczących coachingu. Zaczęło się, jak to często bywa, od samych podstaw coachingu, a mianowicie od sławnych już 4 głównych filarów coachingu.

W różnych opracowaniach spotkałem się z opisami wszystkich 4-rech. Jeden z nich podawany jest jednak zamiennie. Oznaczę je w takim razie dla naszych potrzeb jako filary 4 oraz 4 i pół. Jak by nie patrzeć mamy więc 4 i pół głównych filarów :)
Po kolei:
Filar 1 – Coach nie ma odpowiedzi
Filar 2 – Coach nie może oceniać
Filar 3 – Coach nie może być dyrektywny
Filar 4 – 90% coachingu indywidualnego odbywa się zdalnie
Filar 4 i pół – Klient płaci za coaching z góry
 
FILAR 1
Coach nie ma odpowiedzi dla Klienta – to główna Zasada i podstawa coachingu. Numero uno.
Będąc coachami spotkacie się z różnymi reakcjami związanymi z brakiem jakichkolwiek odpowiedzi na zadawane przez Klientów pytania i będziecie się z tym zmagać. „Słuchaaam?! Nie rozumiem! To ja Ci płacę tyle pieniędzy, a Ty mi nawet nie możesz odpowiedzieć na proste pytanie albo doradzić ?” – tak możecie się pytać, szanowni Klienci. Odpowiedź coacha będzie jednak brzmiała zawsze tak samo „Tak. Nie udzielę Ci żadnych odpowiedzi…” Taka jest prawda.
Bazuje to na czymś, co Einstein powiedział w latach 30-tych ubiegłego stulecia, a mianowicie (wybaczcie niedoskonałe tłumaczenie):
„…Aby rozwiązać problemy, którym stawiamy czoło w życiu, musimy uzyskać dostęp do wyższego poziomu naszej inteligencji niż ten, który wykorzystaliśmy aby stworzyć ten problem na samym początku…”
Mamy tu więc wypływające z wypowiedzi Einstein’a, geniusza wszechczasów, dwa przesłania.
Pierwsze może brzmieć dla nas trochę mało komfortowo i jest takie, że my wszyscy, czegokolwiek doświadczamy w naszym życiu, sami to tworzymy. Prawda jest taka, że my wszyscy jesteśmy jak magnes, który przyciąga to, o czym sami myślimy. Nie jest to jednak wygodne dla wielu ludzi, wielu będzie się czuło źle z takim postawieniem sprawy, bo naturalne dla nas jest to, że obwiniamy wszystkich innych o to, co nas spotkało. Wyciągając palce na zewnątrz w kierunku innych, czujemy się lepiej, niż gdybyśmy wskazywali na siebie. Jest nam łatwiej szukać winnego wśród innych, niż spojrzeć w lustro i obwinić samego siebie. Nie wiem jak wy, ale ja często jestem świadkiem rozmów w stylu „To przez Ciebie jestem taki zdenerwowany!”, „ To twoja wina, że nie dostałem awansu!” itp. Prawda jest jednak taka, że każdy z nas kreuje swoje własne Zycie poprzez miliony decyzji podejmowanych w każdej sekundzie, godzinie, tygodniu, miesiącu… i na każdym kroku. To jest ta decyzja, czy zapalić jeszcze jednego papierosa, czy nie. To ta decyzja, czy wypić jeszcze jednego drinka, czy nie. To ta decyzja, czy zostać w domu i oglądać kolejne 3 godziny telewizor, czy wziąć bliskie nam osoby i pójść na spacer. To ta decyzja, czy zwiąże się z takim samym typem osoby… po raz kolejny… To są tego typu decyzje, całe miliony, które podejmujemy sami i które kreują naszą rzeczywistość, tworzą nasze Życie.
Mi osobiście się to podoba, bo oznacza, ze jeżeli coś mi się w moim życiu nie podoba, sam mogę dokonać zmiany! Nie potrzebuję rycerza na białym koniu, który mnie uratuj.
Drugie przesłanie tezy Einsteina odnosi się do niesamowitej wewnętrznej siły i nieograniczonych zasobów jakie posiadamy wewnątrz nas, jako istoty ludzkie. Mamy w sobie wewnętrzne światło i moc sprawczą. Ta moc jest tak ogromna, że gdybyśmy ją sobie uświadomili w całym jej ogromie, to chyba musielibyśmy się położyć na tydzień do łóżka  z wrażenia i szoku J Każdy człowiek ma w sobie potencjał, jak żołądź z którego wyrasta gigantyczny dąb. Mamy więc dostęp do wszelkich zasobów, jakie kiedykolwiek mogłyby być nam potrzebne, aby osiągnąć w życiu to, czego pragniemy. Problem jest w tym, że nikt nigdy nas tego nie nauczył…. Nikt nie wziął nas jako małych dzieciaków i nie pokazał jak wykorzystać na zewnątrz to, co mamy wewnątrz. Dotyczy to też naszych wartości.
Jeeli wśród czytelników tego bloga znajdzie się choć jeden nauczyciel lub lekarz, pielęgniarka czy osoba zajmująca się chorymi i cierpiącymi, to wiedzcie, że chylę przed Wami czoła. Piszę to z rozmysłem, bo nauczyciele, to ludzie, którzy wyposażają nas i nasze dzieci na dalszą drogę. Dają nam wiedzę, uczą świata i życia, kształtują w dużej mierze nas i nasze charaktery. Z kolei lekarze, pielęgniarki, ludzie z szeroko rozumianej opieki społecznej, to osoby, które są przy nas i naszych bliskich,kiedy jesteśmy chorzy i cierpiący, umierający, potrzebujemy drugiej osoby i wsparcia, pocieszenia. I to własnie nauczyciele i druga opisana grupa są według mnie prawdziwymi bohaterami dzisiejszych czasów. A żyjemy niestety w świecie w którym wartości zostały postawione do góry nogami! Bo tym bohaterom właśnie, jakże ważnym osobom, jako społeczeństwo płacimy kwoty tak nieznaczne, że ledwie wystarczają im na życie... A w tym samym czasie, potrafimy płacić wręcz obrzydliwe kwoty tym, którzy biegają po boisku i kopią nadmuchiwaną skórzaną piłkę ku uciesze milionów... Czy takie są Wasze prawdziwe wartości ?
Jedną ze wspaniałych rzeczy związanych z coachingiem jest to, że pomaga on dotrzeć do wewnętrznych zasobów i prawdziwych, ukrytych w głębi nas wartości.
 
c.d.n.
Komentarze (0)
Przepraszam, którędy do celu ?
 Oceń wpis
   

Kiedy wczoraj dokonałem pierwszych wpisów, zastanawiałem się intensywnie jak często powinienem pisać na moim blogu. Doszedłem do wniosku, że raz na tydzień to będzie w sam raz. Ani za rzadko, ani za często..., a nóż nie przynudzę za bardzo przy okazji. Uświadomiłem sobie jednak w tym samym momencie, że jest sporo zaległości do nadrobienia, a napewno wczorajszy wpis wymaga pewnego uzupełnienia.

Pisałem o koniu, który sam wybiera drogę. Ludzie są tacy sami - często pytają o drogę, ale zwykle, przewrotnie, nie jest ona dla nich komfortowa, wolą wybierać ją sami, choćby wiodła przez pole ziemniaków zamiast po asfalcie. Tutaj zapraszam na konsultacje do mojej ukochanej żony - ona mając mapę, zawsze znajdzie jakieś pole ziemniaków zamiast asfaltowej drogi. Nie jest w tym gorsza od Hołka informującego radosnym głosem w Automapie PL o kolejnych 20 kilometrach prosto, kiedy my jedziemy właśnie środkiem puszczy ubitą, ziemną ścieżką (a miała być krajówka!).

Zakładam, że każdy z Was był kiedyś w parku. Są tam drzewa, trawa, kwiaty, fontanny, jeziora i alejki. Alejki, które służą nam przecież do chodzenia po parku, żeby nam było łatwiej, żeby nie brudzić w ziemi naszych starannie wypucowanych butów, nie zapadać się obcasami w grunt i nie natrafić na niespodziewane aromatyzowane przygody psujące samopoczucie nasze i bliźnich wokoło. Alejki są dla naszego własnego dobra - fakt. A jednak... pomiędzy alejkami... ciekawostka... wydeptane ścieżki i dróżki w trawie...

Kiedy Frederic Law Olmsted i Calvert Vauks wygrali swoim projektem przetarg na stworzenia w centrum Nowego Jorku słynnego Central Parku, nie umieścili na nim ani jednej alejki. Przez 15 lat sadzono drzewa, kiełznano bagienne tereny, tworzono jeziorka i nasadzano kwiatki. Na końcu zasiano trawę i zaproszono spacerowiczów. Dopiero kiedy ludzie wyraźnie wydeptali swoje własne, wygodne dla nich szlaki, zrobiono na nich dzisiejsze alejki. Jak spojrzycie na plan Central Parku, to zaważycie, że nie ma tam raczej długich prostych. Tylko krzywizny, łuki, serpentyny. Ludzie sami wybrali gdzie ich oczy i nogi poniosą.

Kiedy prowadzimy Klienta do jego celu z punktu A do punktu B, towarzyszymy mu jako coachowie na jego własnej ścieżce. Zwykle nie jest to najkrótsza prosta, ale dłuższa krzywa albo jeszcze bardziej zagmatwana droga. Nie oznacza to, że w rzeczywistości będzie dłuższą (korki na drogach zykle są na najkrótszych prostych), ale z całą pewnością będzie jego własną drogą, wybraną przez niego osobiście, nie narzuconą i przewrotnie komfortową. Być może grzązką, pełną pułapek grożących więcej niż złamaniem obcasa i niebezpieczeństw gorszych od aromatyzowanych niespodzianek w trawie... ale hej! mają przecież nas coachów!

Pilnujmy, żeby z niej nie zbaczali i parli do przodu tam, gdzie leży ich upragniony cel, pomagając sięgać wgłąb po zasoby potrzebne im do pokonania wszelkich przeciwności.

Komentarze (1)
1 | 2 | 3 |
Najnowsze komentarze
2012-02-18 18:37
monika222:
Modele coachingowe - cz 2 z 2
Zapraszam do zajrzenia na strony: www.sztukawina.pl oraz www.scottishhouse.pl coś dla koneserów[...]
2012-01-20 04:29
xyxyxyx:
Coaching blog - powrót Wieczorka
A Pan Wieczorek jak zwykle ściemnia - miał być blog a wyszła jak zawsze LIPA! Co z tym powrotem???
2011-09-29 09:51
moshpit1984:
Określ swój właściwy Cel Życiowy
Nie do końca ponieważ czasem trzeba się zagubić, aby się odnaleźć.
O mnie
Łukasz Wieczorek
Na stałe związany z Instytutem Rozwoju Biznesu gdzie pełni rolę Dyrektora ds. Rozwoju. Praktyk biznesu, ponad 10 lat w międzynarodowych korporacjach, wieloletni dyrektor sprzedaży i menedżer, uczeń Gerarda O'Donovana, coach, mąż i ojciec, zapaleniec. Zawsze do usług... lwieczorek@irb.pl
Archiwum
Rok 2011
Rok 2010